Andrew Anderson,

Przeprawa przez kanał z producentem Shelem Talmy

Andrew Anderson rozmawia z producentem Shelem Talmy o nagrywaniu z The Kinks, The Who, The Damned oraz Bowie’go oraz o tym, jak uzyskał brzmienie crunchy w „You Really Got Me”…

Każdy w branży pro audio ma swoje ulubione nagranie. Nie należy tego mylić z ich ulubioną piosenką – to coś zupełnie innego. Nie, ulubione nagranie nie ma nic wspólnego z tekstem, strukturą czy melodią utworu. Zamiast tego chodzi o właściwości dźwięku: brzmienie „crunch” gitary, łomot bębnów, uderzenie basu. Jeśli tylko byłoby to możliwe, to chciałbyś, żeby Twoje nagrania właśnie tak brzmiały. To jest nagranie, które wydaje się być stworzone specjalnie dla Twoich uszu.

Dla mnie tym nagraniem jest Making Time zespołu The Creation. Zostało wydane w 1966 roku i nigdy nie stało się wielkim hitem, choć od tego czasu osiągnęło status czegoś w rodzaju kultowego klasyka (było wykorzystane w kilku reklamach i pojawiło się na ścieżce dźwiękowej filmu Rushmore Wesa Andersona).

Dlaczego tak bardzo je kocham? Ponieważ Making Time brzmi po postu tak niebywale bezpośrednio. To tak, jakbyśmy byli z zespołem, gdy dają z siebie wszystko na scenie. To tak, jakby producent zabrał energię z dziesięciu kawałków i próżniowo zapakował ją w jeden utwór. To najlepsza gniewna piosenka rockowa

W każdym razie, po tym, jak zakochałem się w tym nagraniu, zrobiłem to, co zrobiłby każdy dobry fanatyk – wszedłem do sieci i dowiedziałem się o nim wszystkiego. Okazuje się, że człowiekiem odpowiedzialnym za ten majstersztyk był Shel Talmy, amerykański producent, który przeniósł się do Anglii w latach 60. – a Making Time nie był jedynym wspaniałym utworem, jaki wyprodukował. W rzeczywistości jego portfolio to zbiór perełek z lat 60. – You Really Got Me, Can't Explain, Friday On My Mind… Jeśli utwór zawiera trzy akordy, ostre jak brzytwa gitary i perkusję, która może rozsadzić uszy na strzępy – bardzo możliwe, że to właśnie Shel Talmy go wyprodukował.

Samo przeczytanie tych faktów nie było dla mnie wystarczające – chciałem się dowiedzieć, w jaki sposób stworzył te genialne hity. W końcu są to nagrania, które wyznaczyły zupełnie nowy standard brzmienia zespołów gitarowych. Zrobiłem więc to, co zrobiłby każdy dobry dziennikarz: zadzwoniłem do Talmy'ego i spytałem go o wszystko... i okazało się, że ta historia jest jeszcze bardziej interesująca, niż sobie wyobrażałem.

„Swoją karierę zacząłem w telewizji pracując jako kierownik planu”, mówi Talmy, którego sposób mówienia jest zaskakująco łagodny jak na faceta, który zarabiał na życie tworząc głośne hity. „To była duża korporacja, a ja byłem raczej indywidualistą, więc wkrótce zrozumiałem, że telewizja nie jest dla mnie.”

Talmy wykonał ruch, który później stał się czymś w rodzaju jego znaku firmowego – powiedział facetom z telewizji, żeby wzięli swoją pracę i wsadzili ją w mało eleganckie miejsce, aby on sam mógł zostać realizatorem dźwięku. „Spotkałem faceta o nazwisku Phil Yeend, który był właścicielem Conway Studios w Los Angeles. Zaprosił mnie do współpracy, a trzy dni później zrobiłem moją pierwszą solową sesję. Ledwo wiedziałem, co robię, ale jakoś udało mi się przez to przedrzeć".

Nie minęło wiele czasu, gdy znów uderzyła fala uporu Talmy'ego. Początkujący inżynier postanowił polecieć do Anglii. „Phil był z Anglii i przez cały czas mówił o cudach Europy, więc pomyślałem, że lepiej pojadę i zobaczę to wszystko na własne oczy – nie chciałem pozwolić, by świat mnie omijał.”

„Zdecydowałem się pojechać na sześć tygodni, a tuż przed moim wyjazdem zawarłem umowę z wytwórnią płytową na produkcję czterech singli. Powiedziałem im, że będę z powrotem za sześć tygodni... i oczywiście wróciłem 17 lat później.”

To, co zaczęło się jako wakacje, szybko przerodziło się w karierę, między innymi dzięki znajomości właściwych nazwisk, a także wielu niekoniecznie prawdziwych faktów przedstawionych podczas rozmów kwalifikacyjnych. „Jako środek ostrożności zdobyłem parę kontaktów, zanim na nie poszedłem. Nie miałem zbyt wiele pieniędzy, więc pomyślałem, będzie fajnie, jeśli będę mógł popracować przez kilka tygodni”.

„Mój przyjaciel Nick Venet pracował w dziale A&R w Capitol Records – to on podpisał kontrakt z Beach Boys – i powiedział: „Weź trochę moich demówek i powiedz im, że to ty je zrobiłeś.” Kiedy byłem w Londynie, Dick Rowe z Decca Records przeprowadził ze mną rozmowę. Puściłem mu demo Help Me Rhonda autorstwa Nicka, a Dick powiedział „dobra, możesz zacząć już dziś”.

Nieuczciwe zdobycie posady to jedno, ale przecież Talmy zostałby dość szybko zwolniony, gdyby nie był w stanie udowodnić posiadania wymaganych umiejętności. „Byłem inżynierem od około roku i był to przełomowy czas pod względem poszukiwań i technologii. Kiedy byłem w Conway dużo eksperymentowałem, badałem jak uzyskać lepsze dźwięki, więcej izolacji i całą masę innych rzeczy, więc wiedziałem, co robię. I podobnie jak praktycznie każdy realizator dźwięku czułem, że jestem lepszy od producentów, którzy mówili mi, co mam robić.”

Czy nie martwił się tym, co by się stało, gdyby odkryto jego przekręt? Nie. „Byłem bardzo młody, a cechą młodości jest to, że podejmuje się takie decyzje i ryzykuje” – śmieje się Talmy. „Nikt nie myśli o konsekwencjach w tym wieku ... Pomyślałem, że nie mam nic do stracenia, kiedy pojechałem do Londynu.”

Kombinacja dźwiękowych eksperymentów i zuchwałej amerykańskiej brawury Talmy'ego wkrótce okazała się dochodowa i zaledwie kilka miesięcy później miał na koncie swój pierwszy przebój – Charmaine zespołu The Bachelors.

„Z perspektywy czasu myślę, że próbowali mnie przetestować, ponieważ The Bachelors składał się z trzech osób grających na harmonijkach, a chcieli nagrać piosenkę wokalną. Przez około sześć tygodni uczyłem ich śpiewać w grupie w moim malutkim mieszkaniu, zanim byliśmy gotowi na studio. Nagraliśmy wystarczająco materiału na cztery strony winylu, a Charmaine wydawało się oczywistym hitem.”

Właśnie w tym momencie w Decca Records uświadomiono sobie, że Talmy nie jest do końca tym, za kogo się podaje, ale, jak wspomina, do tego czasu Charmaine było już na szóstej pozycji na brytyjskiej liście przebojów. „W tym czasie nikt nie chciał podnieść słuchawki i sprawdzić wiarygodności kandydata, więc zamiast tego wysłali listy z prośbami o referencje. Oczywiście odpowiedzi, które otrzymali, nie miały już znaczenia, gdy tylko stworzyłem przebój. Zachowali się jak dżentelmeni i nigdy o tym nie wspomnieli, chociaż wiedziałem, że oni wiedzą – sam też nigdy nie poruszyłem tego tematu.”

Charmaine jest raczej słodkim utworem, całkowicie oderwanym od obłąkanej witalności Making Time. Jak Talmy przeszedł z jednego do drugiego? „Dorastałem w LA z muzyką rockową, a moim pierwszym wrażeniem po przyjeździe do Londynu było to, że cała muzyka była wyjątkowo uprzejma” – wyjaśnia. „W ogóle nie było hałaśliwej muzyki. Miałem szczęście być Amerykaninem, który naprawdę rozumiał tego rodzaju rzeczy, podobnie jak wiele zespołów takich jak The Kinks i The Who, które w tym czasie zaczęły zdobywać popularność.”

Nie tylko postawa Talmy'ego była inna – jego technika również. „Sam zajmowałem się realizacją materiału, więc mogłem uzyskać dźwięki, na których mi zależało. Kiedy przyjechałem, wszyscy używali trzech lub czterech mikrofonów do rejestrowania perkusji. Kiedy ja zacząłem używać 12 mikrofonów, ludzie mówili „Hej, nie możesz tego zrobić – zaczną się problemy z fazą”, a ja powiedziałem „tylko obserwujcie i zobaczycie”. Wkrótce potem wszyscy tak robili”.

Bojaźliwy dźwięk bębna jest znakiem rozpoznawczym ścieżek Talmy'ego, który, jak mówi, wywodzi się tak samo z pracy ze znakomitymi perkusistami, jak z techniki wielomikrofonowej: „Tym, co zawsze chciałem robić, było uchwycenie na taśmie brzmienia zespołu grającego na żywo..., chociaż nie zawsze jest to łatwe. Miałem szczęście nagrywać zespoły z wybitnymi perkusistami, takimi jak Mick Avory, albo korzystałem z niesamowitych muzyków sesyjnych, takich jak Bobby Graham.”

Mówiąc o the Kinks, to Talmy pierwszy zauważył ich potencjał: „Byłem na Denmark Street w odwiedzinach u wydawcy, gdy jeden z menedżerów The Kinks wszedł z ich demo”, wspomina Talmy. „Przesłuchałem je i pomyślałem, że jedna połowa piosenek była naprawdę dobra, a nad drugą trzeba jeszcze popracować. Poszedłem spotkać się z zespołem, porozmawiałem z nimi i wkrótce podpisali kontrakt z wytwórnią Pye Records. Byłem zmęczony Deccą, więc to była dobra zmiana dla mnie.”

Popularna legenda dotycząca brzmienia gitary w You Really Got Me głosi, że Dave Davies przeciął membranę swojego głośnika, aby stworzyć charakterystyczny „crunch”, ale tym, co naprawdę je podkręciło było dwuścieżkowe podejście do warstwy gitarowej. „Użyłem dwóch mikrofonów: jedną ścieżkę celowo zniekształciłem, drugą nagrałem na normalnym poziomie. Zniekształcona znajdowała się pod normalną, dzięki czemu uzyskałem tak potężny dźwięk.”

„Nikt nie próbował sprawić, by piosenki brzmiały potężnie – tak jak powiedziałem, wszystko było takie grzeczne – ale kiedy my to zrobiliśmy, nagle zaczęto podążać za tym trendem. Tak, niektórzy ludzie byli przeciwko temu nowemu dźwiękowi, ale myślę, że moje amerykańskie pochodzenie pomogło w tej sytuacji. Wszyscy w Anglii uważali, że Ameryka wskazuje drogę, którą należy podążać, więc jeśli powiedziałem, że takie brzmienie jest dobre, chętnie się z tym zgadzali.”

Wkrótce zespoły zaczęły ustawiać się w kolejce, by móc uzyskać brzmienie Talmy'ego, a Pete Townsend był jednym z wielu, którzy próbowali przyciągnąć jego uwagę. „Pete zadzwonił do mnie i puścił demo Can't Explain przez telefon. Trwało ono około minuty, a po jego wysłuchaniu powiedziałem: „To wspaniała piosenka”. Poszedłem obejrzeć próbę The Who w kościele i wystarczyło mi 10 sekund na podjęcie decyzji, że chciałbym nagrać tych gości”. Inni artyści, z którymi współpracował w tym czasie, to The Easybeats, David Bowie (wtedy znany jako David Jones) i Manfred Mann.

„Jestem bardzo bezpośredni” – twierdzi Talmy, gdy pytam go o opisanie swojego podejścia do produkcji. „Jestem tam od samego początku, rozmawiam z zespołem, widzę, jakie utwory mają. Pracuję z piosenkami, poprawiam je, nagrywam i przechodzę do masteringu. Do dzisiaj tak robię. Nie jestem producentem w niepełnym wymiarze godzin – nie wiem, jak nim być.”

Najwyższy czas, abym zapytał Talmy'ego o to nagranie Creation – jak ono powstało i jak uzyskał to niezwykle wielkie brzmienie? „The Creation powinni odnieść ogromny sukces, ale rozpadli się, zanim mogło się to wydarzyć” – mówi Talmy z nutką żalu w głosie. „Stali się kultowym zespołem, ale mogliby być tak popularni jak The Who. Pracowałem z nimi przez jakiś czas i wszystko się układało. Zawsze starałem się robić głośne nagrania, których chce się słuchać, a Making Time jest zdecydowanie jednym z najlepszych. Upewniłem się, że zmasterowałem go tak głośno, jak tylko mogłem.”

Chociaż Talmy w latach sześćdziesiątych kontynuował współpracę z zespołami rockowymi, a także artystami grającymi muzykę w stylu folk, takimi jak Pentangle i Roy Harper, to na początku lat 70. zaczął powoli tracić zainteresowanie nagrywaniem.

„Znudziło mi się, gdy nadeszły lata 70.” – mówi Talmy. „Miałem wydawnictwo książkowe, miałem firmę produkującą elektronikę, interesowałem się całą masą innych rzeczy i zaniedbałem tę pasję do nagrywania. Patrząc wstecz, jest mi trochę przykro, że tak zrobiłem.”

Jego ostatnim ważnym wkładem do muzyki był singiel The Damned z 1977 roku Stretcher Case Baby. „Byli naprawdę miłymi facetami, ale myślę, że nasza współpraca zadziwiała tak samo ich, jak i mnie”, śmieje się Talmy. „Ich muzyka nie była czymś, co naprawdę kochałem, ale pomyślałem, że zanim potępię punk, powinienem dać mu szansę.”

Po zakończeniu prac z The Damned Talmy przeniósł się z powrotem do Ameryki i skupił się na sprawach biznesowych. Dopiero niedawno przerwał muzyczną emeryturę, by nawiązać współpracę z garażowym zespołem Hidden Charms. Jak odczuł powrót do produkcji po tak długim czasie z dala od stołu mikserskiego?

„To jak jazda na rowerze – było proste. Nic się nie zmieniło: ludzie krytykujący niektóre rzeczy, dynamika zespołu i tym podobne. Zawsze byłem na bieżąco z technologią, więc dostosowywanie się do niej nie było problemem.”

„Różnica polega na tym, że teraz nie jestem pod żadną presją – w zasadzie jest to dla mnie rozrywka. Ponieważ jestem o wiele starszy, zespoły traktują mnie jak mentora, co ułatwia pracę – słuchają tego, co mówię, zamiast próbować ze mną walczyć. Mam mnóstwo hobby poza muzyką, jak gotowanie, więc jeśli teraz będę produkować muzykę dla zespołu, będę to robił tylko dlatego, że sprawia mi to przyjemność. Mam wystarczająco dużo rzeczy do zrobienia, by wypełnić mój dzień.”

O autorze

Andrew Anderson

Andrew Anderson is a reporter for Shure. When he isn’t touring with one of his several bands, you will find him hunched over his desk at home writing articles for the likes of Vice, The Independent, Loud And Quiet and more.